Kasza w walizce

Strasznie się martwiłam kwestią jedzenia przed wyjazdem i poniekąd słusznie. W Warszawie dzieci jedzą non stop, a to krupniczek, a to kanapeczka, kaszka wieczorem, jaglanka rano, omleciki i inne pierdy non stop. W dodatku menu jest bardzo ograniczone, a nowe rzeczy wchodzą opornie. No i weź tu podróżuj z nimi po Azji, w której wszystko jest ostre, mocno doprawione, inne w smaku, w dodatku dużo streetfoodu (szczur na patyku????)i nie ma podstawowych składników jak chleb, czy kasza. 
Moje wnioski są takie: 1. pozdrawiam drwiących z pakowania kabanosów, tubek, ravioli, kaszek etc. Wczoraj poprosiłam w hotelu o ugotowanie kaszy jęczmiennej z marchewką (wszyscy w szoku co to jest????) i dzieci jadły ją jak cukierki, w dodatku był to pierwszy normalnie zjedzony posiłek od przyjazdu. 2. Karmienie piersią jest ekstra (mimo, że codziennie wyklinam niemożność picia kolorowych drineczków), bo ułatwia wmawianie sobie, że „przecież coś je” (cyc na basenowym materacu rządzi????) 3. Im mniej się starasz (dobre knajpy/rozkminki co zamówić/zamawianie sobie tego co może uszczkną) tym większa szansa, że coś zjedzą- obwoźna łódka z kukurydzą, arbuzem i kurakiem jest najlepsza. 4. Taka podróż jest warta nawet miesięcznej głodówki i jechania na lodach????

Udostępnij Nasz wpis :)

Może Ci się spodoba!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *